Święty Dominik - życiorys

święty Dominik nie pozostawił po sobie żadnych pism. Wszystko, co dotarło do naszych czasów pochodzi z ust jego braci i sióstr, którzy zapamiętali go jako człowieka wielkiego serca i szerokich horyzontów, przepełnionego współczuciem dla biedy, z którą się stykał, rozpalonego gorliwością głoszenia Ewangelii aż po krańce ziemi. Cechował go niebywały temperament, kipiąca gorliwość idąca w parze ze zmysłem organizacyjnym i wytrwałym poszukiwaniem Prawdy.


Dominik przychodzi na świat około 1170 roku w małym mieście Calaruega w Hiszpanii, jako syn Feliksa de Guzman i Joanny d'Aza. "Zanim poczęło się to dziecię - opowiada św. Jordan z Saksonii, następca św. Dominika - jego matka miała sen, że w swoim łonie nosi psa trzymającego zapaloną pochodnię, którą rozpala cały świat". Stąd dominikanów nazwano później Domini Canes, Psami Pańskimi, roznoszącymi po świecie ogień Słowa Prawdy.


W chwili chrztu, matka chrzestna zobaczyła gwiazdę błyszczącą nad czołem Dominika. Promienie jej, istotnie naznaczyły całe jego życie jasnością nadprzyrodzoną. Dominik jest nazywany Lumen Ecclesiae, Światłem Kościoła i w ikonografii przedstawiany z gwiazdą widniejącą nad głową.

Kiedy miał lat siedem, matka powierza go na wychowanie jednemu ze swych braci, prepozytowi w Gumiel d'Izan, oddalonym o jedenaście kilometrów od Calaruegi. Dominik uczy się tam łaciny, Biblii. Z całą pewnością bywa również w klasztorze premostratensów, położonym nieopodal. Być może już wtedy odczuł pierwsze zauroczenie życiem zakonnym, które skłoniło go później do zapożyczenia od premonstratensów niektórych z ich ustaw.


W wieku piętnastu lat Dominik zaczyna szkołę w Palencji. Był to znany i szanowany w ówczesnych czasach w Hiszpanii ośrodek szkolnictwa. Dominik odbywa kolejno to, co dziś nazywamy studiami średnimi i wyższymi. Program jest o wiele mniej złożony, niż w naszych czasach. Najpierw uczą gramatyki, poetyki i logiki, potem arytmetyki, algebry, muzyki i astronomii. Zaś następnie w kilku większych ośrodkach można się kształcić w wiedzy medycznej, prawniczej, teologicznej. Dominik po skończeniu studiów świeckich przeszedł do studiów teologicznych. Poświęcił im cztery lata. To tutaj rodzi się jego pasja studiowania i poszukiwania Prawdy.

Po skończeniu studiów, brat Dominik, jak zaczynają nazywać go ludzie, przez kilka lat pozostaje w Palencji już nie jako uczeń, lecz jako nauczyciel. W tym czasie ma miejsce znamienny fakt. "Otóż głód straszliwy srożył się w okolicy tak, że biedacy w wielkiej liczbie umierali. Poruszony ich nieszczęsnym losem i płonącym współczuciem Dominik sprzedaje księgi z notatkami własną ręką czynione i wszystkie swoje rzeczy: Nie chcę - powiada - studiować na martwych skórach, gdy ludzie umierają z głodu."


Wyświęcony na kapłana w 1195 r., Dominik wstępuje do Zgromadzenia Kanoników Regularnych przy katedrze w Osmie, założonego przez tamtejszego biskupa. Była to wspólnota duchowieństwa, którego życie częściowo przypominało życie mnichów: żyli wspólnie kierując się regułą, spotykali się na modlitwie. Oprócz jednak kontemplacji podejmowali również dzieła apostolskie i misyjne. W ciszy klasztoru Dominik spędza kilka lat.

Św. Jordan z Saksonii tak opisuje jedno zdarzenie, które miało miejsce w czasie, gdy nasz bohater przebywał w Osmie: "Zdarzyło się podówczas, iż król Alfons Kastylijski powziął zamiar ożenienia swego syna Ferdynanda ze szlachetnie urodzoną panną z Marche, księżniczką duńską. Udał się do biskupa Osmy i poprosił go, by był on jego rzecznikiem w tej sprawie. Biskup Diego przystał na prośby króla. I wkrótce, (...) zabierając ze sobą męża Bożego, Dominika, subprzeora kapituły swego kościoła, ruszył w drogę i dotarł do Tuluzy".

Było to w połowie października 1203 roku. Podróż ta zmieniła na zawsze życie obu przyjaciół. Zaraz po przejściu przez Pireneje ci dwaj mężowie Boży na własne oczy ujrzeli zjawisko, które znali dotąd jedynie z pogłosek: wyzwanie, jakie stanowił dualizm pochodzenia manichejskiego, głęboko zakorzeniony w tym regionie wśród rozmaitych grup i sekt. Wymownym przykładem tego, jakie wrażenie wywarła ta nowa rzeczywistość na dwóch wędrowcach, jest słynny epizod z oberżystą, opowiedziany przez Jordana: "Tejże nocy, którą spędzali w Tuluzie, Dominik mocno i żarliwie zaatakował oberżystę zajazdu, heretyka, mnożąc dyskusje i argumenty mające go przekonać. Heretyk nie zdołał się oprzeć mądrości i duchowi, które były tak bardzo widoczne: dzięki interwencji Ducha Bożego, Dominik przywiódł go do wiary". Po owej pamiętnej nocy poselstwo dociera do Danii, a po pomyślnym wypełnieniu misji powraca do Hiszpanii, aby zaraz znowu wyruszyć po księżniczkę. Niestety, gdy przybywają narzeczona już nie żyje. Był to ciężki cios dla ambasady. Klęska? Ale pełna nowego życia! Oto, jak opowiada o tym Jordan z Saksonii: "Bóg tak układał przyczyny podróży, mając na względzie własne, zbawcze cele, zwiastując przy okazji tej wyprawy inne, w inny sposób cenne zaślubiny między Bogiem i duszami, które chciał sprowadzić z całego Kościoła, z wielu błędów i grzechów, zaślubiny z wiekuistym zbawieniem. Potwierdziły to późniejsze wydarzenia".

Bóg rzeczywiście powoływał Diego i Dominika do rozpoczęcia nowej ewangelizacji na obcej ziemi; z czasem miała ona rozciągnąć się na cały świat. Wędrowanie z dala od znanych punktów odniesienia otworzyło im oczy duszy. Nigdy później już nie byli tacy sami. Dwie podróże dyplomatyczne (1203 i 1205) dla obydwu miały skutki "powołaniowe" - ale odkryli bynajmniej nie powołanie do dyplomacji!

Diego i Dominik nie wracają już do Hiszpanii. Idą do Rzymu, aby prosić papieża Innocentego III, by pozwolił im opuścić Osmę i pójść głosić Ewangelię Kumanom, dalekiemu ludowi na krańcach Europy, o których usłyszeli w Danii. Papież nie zgadza się. Inny rodzaj Kumanów niepokoi go bardziej, niż dalecy barbarzyńcy, a są nimi waldensi i albigensi w południowej Francji i północnej Italii. Dominik podejmuje to wyzwanie, ale przez całe życie nie zgaśnie w nim nostalgia za dalekimi misjami. "Bracie - powie kiedyś później do Pawła z Wenecji - gdy już wzmocnimy nasz Zakon, pójdziemy do Kumanów, głosić im będziemy wiarę w Chrystusa i pozyskamy ich dla Pana."

Dominik w czasie swoich podróży zobaczył ogromną niedolę Kościoła: mnichów zabarykadowanych w swych klasztorach, biskupów leniwych lub podejrzanych, uwikłanych w procesy i intrygi, kler pogrążony w ciemnocie. Fałszywą odpowiedzią na kryzys Kościoła były rodzące się ruchy heretyckie waldensów i albigensów, nazywanych katarami. Potępiają oni wszelkie przejawy bogactwa (stąd szerzone przez nich heroiczne ubóstwo) i cielesności (praktykowanie surowych umartwień) zgodnie z dualistyczną filozofią deprecjonującą wszystko, co materialne. Powodzenie katarów jest wprost niesłychane. Nowa religia - jak ją nazywają niektórzy - dosięga wszystkich klas społeczeństwa. Od ponad trzydziestu lat papieże prowadzą tę samą strategię walki z herezją: posyłają coraz to nowe misje, książętom grożą ekskomuniką i interdyktem za udzielanie pomocy heretykom. Innocenty III przez dziesięć lat umacnia tę samą politykę. Mobilizuje cystersów jako swoich legatów, dając im pełną władzę, by sądzić, karać winne duchowieństwo, ekskomunikować, zsyłać na wygnanie katarskich wielmożów, konfiskować ich dobra. Wszystko na próżno.

Taką sytuację zastał Diego i Dominik. Wracając z Rzymu zatrzymali się w Montpellier. Dwunastu opatów z zakonu cystersów i kilku duchownych delegowanych przez Innocentego III radziło tam właśnie nad sposobem zwalczenia herezji albigensów. Diego napełniony Duchem Bożym rzekł do nich: "Moi ojcowie, jeśli chcecie nawrócić ku prawdzie te zbłąkane umysły, zacznijcie od dania im dobrego przykładu. Porzućmy zbytek naszych orszaków i pieszo, ubodzy, jak nasz Zbawiciel, głośmy prawdziwą naukę Ewangelii". Również Dominik wiedział doskonale, że podejmowane dotąd środki nie przyczynią się do nawrócenia heretyków. Dlatego nowa misja wyrusza w ubóstwie, zaopatrzona jedynie w mądrość Bożą. Wędrują oni z miejscowości do miejscowości, organizując dysputy i wygłaszają mowy. Solidne studia i rzetelna wiedza, zdobyta wcześniej przez Dominika, pozwala mu wchodzić w dialog z uczonymi niejednokrotnie katarami, którzy umieją prowadzić dyskusje, wysuwają uzasadnione argumenty przeciw duchowieństwu i sprawnie żonglują argumentami z Pisma św.

Za przyczyną nowej misji Bóg dokonuje pierwszych nawróceń. Wśród nich są również młode kobiety, które po powrocie do wiary spotykały się z prześladowaniem otoczenia. Dominik wraz ze swym towarzyszem gromadzi kilka z nich w Prouille. Tak powstaje pierwszy klasztor mniszek dominikańskich. Prowadziły one życie zakonne, śpiewając oficjum i oddając się pracy ręcznej. Ta wspólnota mogła przyjmować nowe konwertytki i stanowiła punkt oparcia dla ekipy misjonarzy. W ciągu lat, które nadejdą, Prouille stanie się dla Dominika oazą. Wracając po męczących wyprawach kaznodziejskich, w chwilach ciężkiej samotności, tam znajdował dom rodzinny, gdzie mógł odświeżyć siły, znaleźć oparcie w modlitwie.

W lecie 1207 roku biskup Osmy powraca do Hiszpanii wzywany przez swoją diecezję. Tam też wkrótce umiera. Cystersi, którzy byli członkami misji, zmęczeni trudami wyprawy i zniechęceni niewielkimi jej owocami, walczą z pokusą powrotu do starych środków ewangelizacji. Dominik zostaje sam. Nie zniechęca się. W ubóstwie, zbrojny w moc Słowa Bożego wędruje, głosząc kazania. Po wiejskich drogach idzie boso, buty wkłada dopiero po wejściu do miasta. Ma z sobą jedynie ukochaną Ewangelię św. Mateusza i listy Pawłowe.


W 1215 roku Dominik ma 45 lat. Czego dotąd dokonał? Gdzie jest skuteczność ewange-licznych środków, które z taką determinacją zalecał? Owoce ewangelizacji w nowej formie są mizerne. Nie ma masowych nawróceń, a herezja zatacza coraz szersze kręgi. Dominik wraz z kilkoma towarzyszami przebywa w tym czasie w Tuluzie. Tutejszy biskup, Fulko bierze ich pod swoją bezpośrednią opiekę. Mają stać się wędrownymi kaznodziejami w jego diecezji. Dominik, zanim wyruszy z misją, decyduje się na gest absolutnie niebywały w tej epoce: prowadzi swych braci do szkoły, powierzając pogłębienie ich edukacji znanemu mistrzowi, którego z Anglii sprowadził dla nich biskup. Następnie, w towarzystwie Fulka, Dominik udaje się do Rzymu, aby przedstawić papieżowi swój pomysł Zakonu Kaznodziejskiego. Niestety odbywający się właśnie IV Sobór Lateraneński wydaje zakaz tworzenia nowych wspólnot. Papież odmawia. Następnej nocy Innocenty III zobaczył we śnie Bazylikę Laterańską zachwianą w posadach i grożącą zawaleniem. Spodziewając się, że gmach runie, ujrzał św. Dominika podtrzymującego go swymi ramionami. Papież zrozumiał naukę zawartą w tym widzeniu. Przywołał Męża Bożego, zatwierdził jego projekt i nakazał mu powrócić do Tuluzy, aby wraz z towarzyszami wybrać jedną z reguł zakonnych, już aprobowanych przez Kościół.

Dominik wraca do Tuluzy. Podczas jego nieobecności liczba towarzyszy powiększyła się dwukrotnie. Jest ich teraz szesnastu. Po Wielkanocy, 1216 roku zbierają się wspólnie, aby zadecydować jaką wybrać regułę. Nie było żadnego wahania. Wybrano tę, która była dostatecznie elastyczna, aby dopuścić nowe ustawy, mówiące zwłaszcza o ubóstwie żebrzącym, studium, kaznodziejstwie; regułę, jakby stworzoną dla kapłanów, tę, którą Dominik już praktykował w Osmie - regułę św. Augustyna. Dodają do niej jednakże wszystko, co uważają za piękne, surowe i mądre z konstytucji premonstratensów. Przyjmują więc śpiewanie mszy św. i oficjum w ustalonych godzinach. Dodają również i to, czego nie można znaleźć gdzie indziej: "dniem i nocą w konwencie czy w podróży, bracia oddawać się będą studium, zajmować się czytaniem lub rozmyślaniem". Studium i kontemplacji sprzyjać ma zakonne milczenie. "Oficjum odprawiane będzie bez powolności, raźno, w taki sposób, by godziny studium nie doznały uszczerbku, a gdy przyjdzie na to czas, z zapałem oddadzą się kaznodziejstwu". Wreszcie przełożony będzie miał prawo dyspensować swych braci co jakiś czas z części oficjum lub z jakiejś praktyki pokutnej, by mogli lepiej przygotować kazania.


Dominik spieszy do Rzymu, aby zatwierdzić nowe pomysły. Niestety Innocenty III umiera. Bóg jednak uspokoił obawy swego sługi. Zanim bowiem Dominik przedstawił swoją prośbę Honorjuszowi III, następcy Inocentego, miał widzenie, w którym ujrzał zagniewane Oblicze Syna Bożego, gotowego spiorunować świat. Matka Jego rzuciła Mu się do nóg i obejmując je błagała, by oszczędził dusze, za które tyle wycierpiał: "Mam - rzekła doń - dwóch wiernych sług, których poślesz, aby opowiadali Twoją naukę" - i przedstawiła Jezusowi, dwóch mężów: w jednym z nich Dominik poznał siebie samego, drugi zaś był mu nieznany.


Nazajutrz, gdy święty modlił się w Bazylice św. Piotra, ujrzał ubogiego, w nędznym odzieniu przepasanym sznurem; był to ów nieznajomy z widzenia. Dominik podbiegł do niego i przycisnął do serca mówiąc: "Ty będziesz mi towarzyszem, biegnąc przy moim boku! Trzymajmy się razem, a nikt nas nie przemoże". Ubogim tym był Franciszek z Asyżu. Oni dwaj odnowili Kościół: jeden - śpiewając, drugi - ucząc. A obaj - miłując.

22 grudnia 1216 roku papież Honoriusz III wydaje bullę zatwierdzającą Zakon. W miesiąc później druga bulla obdarza braci tytułem kaznodziejów i zachęca ich, by z mocą głosili słowo Boże, nie lękając się prześladowań. Bóg chciał również bezpośrednio potwierdzić założenie tego apostolskiego Zakonu. Pewnego dnia, gdy św. Dominik modlił się w Bazylice św. Piotra, wpadł w zachwycenie i ujrzał przed sobą świętych Piotra i Pawła.


Piotr podał mu laskę, Paweł księgę i obaj rzekli: "Idź i głoś! Zostałeś wybrany przez Boga na to posłannictwo!" Wtedy przed oczyma Dominika przesunął się cały świat. Ujrzał swoich synów, rozproszonych wśród narodów, idących, głosząc słowo Boże. Zakon Jego był założony.

Dominik wraca do Tuluzy i podejmuje szaloną decyzję. Wbrew powszechnej opozycji rozsyła dopiero co zgromadzonych braci: siedmiu do Paryża, czterech do Madrytu, dwóch do Prouille, dwóch zostaje w Tuluzie. On sam odchodzi z jednym bratem, aby udać się do Rzymu: "Nie lękajcie się - mówi do jednych - wszystko będzie dobrze." A do drugich: "Nie stawiajcie mi sprzeciwu! Wiem, co robię." Wiedział doskonale, że "ziarno zgromadzone w jednym miejscu butwieje, a rozsiane wydaje plon."

Z misjonarzy diecezjalnych bracia św. Dominika stają się misjonarzami świata.
Wysyła ich z określonym programem: "Posyłam was, aby studiować, nauczać i zakładać konwenty."

Począwszy od tej chwili, Dominik przemierza drogi Europy by rozsadzać po niej swój Zakon i siać Słowo. Zawsze idzie pieszo, najczęściej boso, przemierzając średnio 50 kilometrów dziennie. Wyczerpany chroniczną choroba jelit, której ostre ataki wraz z napadami gorączki odbierają mu siły, zmęczony nie zważa na trudy podróży. Siostra Cecylia zapamiętała go jako mężczyznę średniego wzrostu, szczupłego, o pięknej twarzy, jasnych, prawie rudych włosach i brodzie z lekko rumianą cerę. Z czoła i brwi wychodził jakiś blask, których wszystkich nakłaniał do miłości i czci. Przez wszystkich był kochany, ponieważ wszystkich kochał.


Zawsze był uśmiechnięty i wesoły, chyba że się wzruszał współczuciem nad spotkaną niedolą. Ręce miał smukłe i piękne. Głos silny i dźwięczny. Nigdy nie był łysy, ale wśród rudych włosów z rzadka pojawiały się srebrne nitki. W ślad jego kroków od razu powstają konwenty. Gdy odwiedza swych braci, zwołuje ich zaraz po przybyciu, napomina gorąco. Potem omawia z przełożonym sprawy zgromadzenia. Gdy bracia usną, bez końca przeciąga modlitwy, płacząc i pytając Jezusa: "Co będzie z grzesznikami?" Twardy dla siebie, znosi cierpliwie wszelkie braki.

W tym czasie na terenie Europy konwenty dominikańskie powstają jak grzyby po deszczu. W kilka lat po rozesłaniu braci istnieją już klasztory w większości ważnych miast Europy: w Bolonii, Lyonie, Mediolanie, w Montpellier, Oksfordzie, Orleanie, Limaoges, Reims, Metz, Poitiers, Bergano, Florencji, Weronie, Brescji, Placencji oraz na Węgrzech, w Skandynawii.

W miarę rozrastania się Zakonu, coraz bardziej paląca staje się potrzeba prawnego uregulowania Konstytucji. W maju 1220 roku, w Bolonii zbiera się pierwsza Kapituła Generalna pod przewodnictwem św. Dominika. Podczas obrad zostają wypracowane Ustawy Braci Kaznodziejów, które zapewnią egzystencję Zakonu jednej linii, bez podziałów, aż do naszych czasów.


Po skończeniu kapituły, Dominik znowu wyrusza w podróż misyjną. Przechodzi przez Mediolan, Palecencję, Modenę, Weronę, Bolonię, trafiając do Wiecznego Miasta.

W Rzymie, u Papieża Honorjusza III doznał św. Dominik najlepszego przyjęcia. Jako tymczasowe miejsce zatrzymania otrzymał klasztor św. Sykstusa, w którym po upływie trzech czy czterech miesięcy, zgromadził ponad stu zakonników. Bóg obdarza go łaską czynienia cudów. Gdy raz głosił kazanie u św. Marka, jakaś biedna niewiasta spragniona słowa Bożego, przybyła go posłuchać, pozostawiając w domu chore dziecko. Skoro powróciła, dziecko nie żyło. Zgnębiona, wzięła martwe ciało i zaniosła do klasztoru św. Sykstusa. Zastała Dominika z kilku braćmi u drzwi kapitularza. Z płaczem rzekła do niego: "Mężu Boży, oddaj mi syna!" Święty pełen współczucia, wzniósł oczy do nieba modląc się do Boga. Uczynił znak krzyża nad dzieckiem przywracając mu życie. Honorjusz III, gdy mu doniesiono o tym cudzie, chciał go ogłosić po wszystkich kościołach, lecz św. Dominik zagroził, że ucieknie za morza, jeśli do tego dojdzie. Nie mógł jednakże powściągnąć zapału ludności i gdy się ukazał na ulicy ludzie ucinali na relikwie kawałki jego ubrania.

Bracia żyli w klasztorze św. Sykstusa w wielkim ubóstwie. Pewnego dnia, po bezowocnej kweście, nie było nic na obiad, brakło nawet chleba. Św. Dominik jednak kazał przyjść wszystkim do refektarza, mówiąc: "Pan nakarmi sługi Swoje". Nakryto więc do obiadu. Św. Dominik pobłogosławił stół a wszyscy zajęli swoje miejsca. Mąż Boży złożywszy ręce, modlił się żarliwie i w tej samej chwili zjawili się dwaj młodzieńcy, niosąc zawinięte w obrus białe chleby. Każdemu z braci dali po bochenku.


Doszedłszy do św. Dominika, ofiarowali mu dar i skłoniwszy się przed nim odeszli

Podczas pobytu w Rzymie, Honorjusz III podarował Dominikowi swój pałac na Awentynie, położony nieopodal kościoła św. Sabiny. Tam więc przenieśli się bracia, aby pozostawić klasztor św. Sykstusa siostrom, które Założyciel postanowił tam zebrać. Zakonnice te żyły do tej pory w wielkim rozluźnieniu i rozproszeniu. Dominik nadał im regułę swego Zakonu tak, jak i pierwszemu konwentowi niewiast, który założył w Prouille. Dominik kochał gorąco swe córy duchowne. Ileż to razy przebywał przestrzeń dzielącą św. Sabinę od św. Sykstusa, by je pouczać o ich obowiązkach i pocieszać w ich smutkach! Jednego dnia po długiej konferencji rzekł im: "Byłoby dobrze, dzieci moje, napić się trochę wina". Brat szafarz przyniósł pełną czarę. Mąż Boży pobłogosławił ją i najpierw bracia, a później siostry piły z niej do syta, a napoju nie ubywało. Dominik zaś powtarzał: "Pijcie, dzieci moje, pijcie dowoli".


Razu pewnego, podczas gdy św. Dominik miał konferencję dla sióstr, w obecności kilku kardynałów, wśród których znajdował się kardynał Stefan Orsini, doniesiono, że bratanek kardynała stracił życie spadając z konia. Po skończonej Mszy św. Dominik zbliżył się do zmarłego, dotknął łagodnie jego głowy i wszystkich potłuczonych członków. Potem z obliczem jaśniejącym i wyciągniętymi ku niebu ramionami, zaczął się modlić. Ciało jego uniosło się nad ziemią. Tak pogrążony w modlitwie przywrócił do życia bratanka kardynała.

Matka Najświętsza otaczała kolebkę Zakonu Dominikańskiego swoją szczególną opieką. W pierwszych latach istnienia, dominikanie nosili ubiór Kanoników z Osmy: białą, wełnianą tunikę z lnianą komżą, pokryte czarną kapę z kapturem. Maryja, według legendy, uroczyście objęła w posiadanie Zakon Kaznodziejski dając mu nowy habit.

W 1218 roku przybył do Rzymu, w pielgrzymce do grobu św. Piotra, mistrz Reginald, dziekan kapituły św. Aignan w Orleanie. Był to mąż sławny, uczony, profesor prawa kanonicznego, czystych obyczajów, pragnący poświęcić się całkowicie służbie Bożej, głosząc ludziom Ewangelię. Nowy zakon był mu nieznany. Gdy zwierzył się ze swego zamiaru jednemu z kardynałów, ten rzekł do niego: "Właśnie powstał nowy zakon założony w tym celu, a jego założyciel tutaj przebywa".


Ucieszony tą wieścią Reginald, spotkał się ze św. Dominikiem i postanowił pójść jego drogą. Niestety kilka dni później poważnie zachorował. Dominik, pełen czułości, błagał ze łzami o jego zdrowie. I oto pewnego dnia, Reginald miał widzenie. Ukazała mu się Królowa Niebios w towarzystwie dwóch dziewic i pozwoliła prosić o cokolwiek tylko zechce. Gdy Reginald zastanawiał się o co ma prosić, jedna z dziewic podszepnęła mu, aby zdał się zupełnie na wolę swej Matki Niebieskiej. Wówczas, Maryja, wyciągnąwszy ku niemu swe ręce, namaściła mu oczy, uszy, nozdrza, usta, ręce i nogi, wymawiając stosowne słowa przy każdym namaszczeniu. Namaszczając nogi, rzekła: "Namaszczam nogi twoje na przygotowanie Ewangelii pokoju". Namaszczając zaś lędźwie: "Niech krzyże twe przepasane będą pasem czystości". Potem ukazując mu biały szkaplerz, dodała: "Oto habit twego Zakonu" i znikła mu z oczu. Reginald został uzdrowiony.

Kiedy nazajutrz przyszedł do niego św. Dominik, opowiedział mu o swoim widzeniu. Mąż Boży pełen radości, że z rąk Maryi otrzymał szatę wyróżniającą jego Zakon, porzucił komżę, by zamiast niej nosić szkaplerz.

Innym razem, pewnej nocy święty nasz Ojciec spędziwszy długi czas na modlitwie w kościele św. Sabiny, wszedł do sypialni braci. Zatrzymał się na jednym jej końcu i zaczął się modlić. Nagle, na drugim końcu sali, spostrzegł trzy niewiasty, z których jedna, będąca pośrodku, zdawała się najpiękniejszą ze wszystkich. Towarzyszki Jej niosły naczynie z wodą i kropidło. Szlachetna Pani, idąc środkiem sypialni, kropiła każdego z braci, błogosławiąc go znakiem krzyża. Św. Dominik zbliżył się wówczas i rzucając się do stóp Niewiasty błogosławiącej, mimo, iż poznał już, kim była, rzekł z pokorą: "O Pani, błagam Cię, powiedz słudze swemu, kim jesteś!" W owym zaś czasie bracia odmawiali co wieczór na klęczkach modlitwę Salve Regina. "Jestem - odparła - tą Królową Miłosierdzia, którą wzywacie tak serdecznie co wieczór. Kiedy wymawiacie słowa: tedy więc Orędowniczko nasza one miłosierne oczy na nas zwróć, Ja padam na kolana przed Synem Moim, błagając Go o zachowanie waszego Zakonu". I od tego czasu trwa u dominikanów tradycja odmawiania po komplecie modlitwy Salve Regina.


Po skończonym widzeniu Dominik modlił się dalej. I oto znowu wpadłszy w zachwycenie, ujrzał Chrystusa Pana siedzącego na tronie i Jego Matkę, stojącą po prawicy, odzianą w cudowny płaszcz o barwie szafiru. Spoglądając wokoło, Dominik zobaczył różnych zakonników, ale nie mógł dojrzeć nikogo ze swego Zakonu. Ze ściśniętym sercem, cały zarumieniony ze wstydu, zaczął gorzko płakać. W swoim przerażeniu nie śmiał nawet zbliżyć się do Pana Jezusa ani do Jego Matki. Lecz Ona sama dała mu znak, aby się przybliżył. Padł więc do Jej stóp cały zalany łzami. "Wstań" - rzekł mu Chrystus. "Czemu płaczesz tak gorzko?" "Płaczę, gdyż widzę tu zakonników wszelkiej reguły, a z mojego Zakonu nikogo!" "Chcesz zobaczyć twój Zakon?" - zapytał Pan Jezus i kładąc rękę na ramieniu swej Matki, rzekł: "Powierzyłem twój Zakon Matce Mojej". Wówczas Maryja odchyliła swój płaszcz lazurowy, ukrywający w swych fałdach mnóstwo jego dzieci, tulących się do Niej z miłością.

Święta Zesłania Ducha Świętego 1221 roku znowu zbierają w Bolonii delegatów na II Kapitułę Zakonu, która ma ustalić rozmieszczenie konwentów wśród chrześcijańskiego świata. Dominik miał wówczas objawienie, że godzina jego śmierci jest już bliska. Ukazał mu się młodzieniec, mówiąc: "Pójdź, umiłowany, wejdź do prawdziwej radości". Mąż Boży zrozumiał i w rozmowie z przyjaciółmi rzekł: "Widzicie mnie obecnie w dobrym zdrowiu, a jednak jeszcze przed uroczystością Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, odejdę do Pana mego." Z końcem lipca tegoż roku, po ukończeniu Kapituły Generalnej, wracając z Wenecji, gdzie odwiedził swego przyjaciela kardynała Ugolina (późniejszego papieża Grzegorza IX), św. Dominik powrócił do Bolonii zgnębiony całkiem trudami podróży. Mimo swych cierpień, rozmawiał długo z przeorem konwentu i poszedł do chóru na jutrznię, po której wyznał przeorowi, że cierpi na gwałtowny ból głowy. Choroba czyniła szybkie postępy. Rozciągnięty na sienniku, gdyż stanowczo odmówił łóżka, święty, trawiony gorączką, zachowywał spokój i wesele oblicza bez skargi ani najmniejszej oznaki niecierpliwości. Zwołał do siebie nowicjuszy i spoglądając na nich z czułością, zachęcał ich gorąco do ścisłego zachowania Konstytucji Zakonu. Potem wzywając dwunastu najstarszych braci, uczynił ostatnie wyznania i przekazał im ostatnie polecenia: "Oto moja spuścizna: miejcie miłość, zachowujcie pokorę, pielęgnujcie dobrowolne ubóstwo. Miłosierdzie Boże zachowało moje ciało w nieskażonej czystości, jednakże nie uniknąłem tej niedoskonałości, wyznaję, że milej mi było rozmawiać z młodymi dziewczętami, niż ze starymi niewiastami." Jako ubogi Chrystusowy, nie miał nic do pozostawienia swym synom.


Biedni bracia pogrążeni byli w smutku. Mając nadzieję wyratować Ojca swego zmianą powietrza, przenieśli go do klasztoru benedyktyńskiego Santa Maria del Monte, lecz po przybyciu tam począł omdlewać. "Synu - rzekł do przeora - nie daj Boże, abym był pochowany gdzie indziej, niż pod stopami moich braci". I odniesiono Go spowrotem do klasztoru, drżąc, by w drodze nie umarł. Ponieważ nie miał własnej celi, złożono go u brata Monety, gdzie otrzymał ostatnie namaszczenie. Do płaczących braci rzekł: "Nie płaczcie synowie ukochani, śmierć moja niech was nie trwoży! Z miejsca, do którego idę, będę wam bardziej użytecznym, niż byłem tutaj". "Ojcze - rzekł przeor - pamiętaj o nas i wstawiaj się za nami do Pana", a Dominik już pogrążony w Bogu, wznosząc ręce zawołał: "Ojcze Święty, wiesz, że z radością pełniłem Twoją wolę, a tych, których mi dałeś, zachowałem. Polecam ci ich: zachowaj ich, strzeż ich... ja idę już do Ciebie, Ojcze Niebieski!" Z tymi słowami, Dominik wydał ostatnie tchnienie. Było to 6 sierpnia 1221 r. Liczył wówczas 51 lat.

Po dwunastu latach, Grzegorz IX kanonizował uroczyście swego przyjaciela. Doczesne szczątki Dominika przeniesiono ze skromnego grobu i złożono w grobowcu, gdzie spoczywają w Bolonii aż do dnia dzisiejszego.

Wróć do wszystkich tekstów